Podatki

Polska nie jest państwem tanim. Państwo musi zebrać podatki dla pokrycia wydatków sfery budżetowej, emerytów i rencistów. Władza musi mieć plan uproszczenia podatków, a przede wszystkim likwidacji większości aparatu fiskalnego. Nie robią tego, bo taki aparat jest na niższym szczeblu pulą bezpiecznych posad do rozdania przez rządzących.

Dokładnie wiadomo ile państwo musi wydać i tyle trzeba pobrać od obywateli. Nie ma jednak potrzeby rozdzielania tego na liczne elementy, mnożące biurokratów i ilość przepisów, jak ZUS, KRUS, dochodowy, VAT, akcyza. Państwo zabiera obywatelom około 80% wypracowanych środków w ten czy inny sposób. Dlaczego przy tym obciąża ich wielkimi kosztami zbierania tej daniny?

To pewnie brzmi jak głos szaleńca, ale ja chcę wiedzieć, dlaczego nie może być JEDEN JEDYNY podatek określony na podstawie zminimalizowanych potrzeb państwa. Chciałbym wiedzieć ile wtedy mniej podatku musiałoby zostać zgromadzone. Każde kilka % PKB w rękach obywateli = wzrost gospodarczy i praca nawet wtedy, gdy pozostawione obywatelom środki przeznaczone zostaną na konsumpcję. To Żądanie wygląda na rewolucyjne, ale takie nie jest: rewolucja polega na tym, że państwo zabiera jednym i daje drugim. Tu państwo ma zabierać mniej w prosty, niekosztowny sposób. To powrót do idei prostej dziesięciny, chociaż oczywiście rozrost państwa czyni taki poziom podatku mało realnym. Ale zmniejszenie podatku tylko o 10%, do poziomu 70% dochodów obywateli byłoby niezwykle korzystne dla Polski i Polaków. Utrzymywanie każdego zbędnego urzędnika jest karygodnym marnotrawstwem. Oni nic nie wytwarzają, oni zbyt często istnieją tylko po to, by otrzymywać pensję. Polska potrzebuje budowniczych, a nie poborców wynagrodzeń za zbędną pracę. Zbędni urzędnicy mogą dostawać pensje ale za jakąkolwiek pożyteczną działalność na rzecz wspólnego dobra.

                                    Podatki muszą być: równe, pewne, dogodne, tanie i możliwie najniższe.

                                               Adam Smith